Wpisy z tagiem: Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki
sobota, 26 listopada 2011
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, od wydania w 2009 r. „Piosenki o zależnościach i uzależnieniach”, za którą otrzymał dwie najważniejsze w kraju nagrody literackie, jest obiektem zachwytu krytyków. Lektura wydanego w tym roku tomiku „Imię i znamię” to mój pierwszy kontakt z poezją Dyckiego, dzięki czemu, jak sądzę, mogę spojrzeć na nią bez uprzedzeń, oczekiwań i nie próbując wrzucać nowych wierszy do jednej szufladki razem z „Piosenką...” (czego na pewno nie chciałby sam poeta, który pisze: nawet dla siebie | nie stwarzam domu choć mógłbym | napisać ciąg dalszy piosenki o zależnościach). Pięćdziesiąt wierszy należących do tomiku dzieli się na cykle, objęte wspólnymi tytułami, m.in. Gniazdo i Pożegnanie. Ciekawym zabiegiem, spajającym teksty w obrębie cykli, jak i w szerszym wymiarze, jest posługiwanie się lejtmotywami, do których podmiot liryczny obsesyjnie wraca, wyrażonych pojedynczymi słowami lub frazami: koleżanek z dzieciństwa, rodzin sąsiadów, „hniłków” i jabłuszek czy innych rekwizytów związanych z Wólką Krowicką. Wiersze często stanowią różne ujęcia jednego motywu. Dominują uczucia wykorzenienia (tak naprawdę odkąd | wyjechałem z przemyskiego | nigdzie już nie byłem u siebie), osamotnienia (czasem przezwyciężonego, chociaż chwilowego: przyszedłem by ci powiedzieć | że jestem bez ojca (…) a ty mnie przyjąłeś i ugościłeś), przegranej (bo oto została mi zaciśnięta pięść | ślepo wymierzona w w dzień | jutrzejszy lecz ja nie mam jutra – te słowa padają w jednym z najlepszych moim zdaniem wierszy), pojawiają się wątki homoerotyczne. Przez swoją bezdomność, tęsknotę za krainą dzieciństwa, fascynację tym, co powoduje odrzucenie, osamotnienie Dycki wpisuje się w tradycję literacką. Wiedząc, jak ciężkostrawna, a może nawet nieciekawa byłaby taka sama w sobie poezja, autor rozładowuje powagę wierszy z pomocą nieoczekiwanych wulgaryzmów, gier słownych i dwuznaczności (a widok obnażonej | pomarańczy równał się, to ten pies pomylony | z innym psem co w sumie daje dwa ogony) – które jednak czasem wzmacniają dramatyzm, zamiast go znosić (jak w XXXIII.) – lub po prostu żartem, autoironią (odpowiadam za każde zadupie za każdy luby zakątek (…) choć w Waci również nikt mi nie podskoczy...). W ten sposób, łącząc powagę z humorem, wysoki styl z niskim, Dycki sprawia, że jego wiersze są przystępniejsze, nie tracąc przy tym wartości. Należy wspomnieć o jeszcze jednym ważnym problemie, z jakim poeta zmaga się w Imieniu i znamieniu. Jest to problem samej poezji, która, choć nadaremna, jak czytamy w kilku utworach, jest też ratunkiem: w wierszu XLI. podmiot liryczny mówi: biada mi | biada bo nie mam już dni | jutrzejszych i nie doświadczam łask | ojca chyba że z szaleństwa rzucę się | przed siebie w ogień jeszcze większej | choroby: niech to będzie poezja. Pamiętając o inteligencji wierszy Dyckiego, doceniając ich dojrzała formę i umiejętne wykorzystaną ironię, mogę im postawić tylko jeden zarzut: nie zachwycają mnie. Nie wywołuje dreszczy, które kojarzą się z dobrą poezją. Być może to wina właśnie ich laboratoryjnej perfekcji: nie ma za co krytykować, nie ma też czegokolwiek, co by mnie fascynowało. Mimo to tomik oceniam pozytywnie. Szczególnie dzięki temu, co Dycki mówi w nim o poezji, która jest u niego jedynym domem, który może znaleźć człowiek w sytuacji, w jakiej znalazł się podmiot liryczny, miejscem pamięci o tych, którzy przeminęli: bo od tego mamy poezję | ażeby nie rozpadły się w proch dawne | imiona których już nikt oprócz mnie | nie wprowadzi do porannej i wieczornej modlitwy – jak czytamy w najpiękniejszym, według mnie, wierszu zbioru zatytułowanym XLIV. Modlitwa za zmarłych.
poniedziałek, 24 października 2011
czyli co warto poczytać w chłodne, październikowe i listopadowe popołudnia!
Bohdan Zadura „Zadura z pasją opowiada o znaczkach, podróżach, przemieszczaniu się. Jest wiarygodny, zachwyca normalnością wypowiedzi, ma poczucie humoru, przemawia do czytelnika, w zaufaniu dzieląc się swoimi przygodami i refleksjami. Jest to poezja dystansu, wieloznaczności, ale i mądrego dialogu, który wykracza poza ramy tradycyjnego dyskursu.” – tak o książce mówi poetka Daria Paryła.
Jacek Dehnel Książka niedawno miała swoją premierę i już cieszy się dobrymi recenzjami. Jak zapewnia nas wydawnictwo Biura Literackiego możemy tu odnaleźć „ślady podróży – zarówno tych rozumianych dosłownie, jak i tych odbywanych po obszarach literatury, sztuki, metafizyki.”
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki Pięknie i dobitnie opisuje książkę Paweł Bernacki (wrocławski młody poeta): „Dycki z jednej strony opisuje arkadyjskie elementy swojego dzieciństwa, z drugiej ani na chwilę nie może zapomnieć o jego tragizmie: szykanach za ukraińskie pochodzenie i język chachłacki, chorobie matki, śmierci przyjaciół. Jako pastuszek-poeta pielęgnuje nie tyle zwierzęta, ile obrazy z przeszłości, ślady własnej tożsamości, które jeden po drugim uciekają. W końcu pozostają mu tylko nieliczne, chaotycznie ułożone wspomnienia: owoców, imion, pojedynczych scen. Ich miejscem, mimo nieustannie podkreślanych w Imieniu i znamieniu ograniczeń i nieprzydatności, staje się poezja.” Tadeusz Różewicz Obchodzący w tym roku 90 urodziny Tadeusz Różewicz od zawsze dostarczał każdemu czytelnikowi niesamowitych wrażeń. To samo dzieje się w „Wycieczce do Muzeum”. Co możemy w niej znaleźć? Justyna Sobolewska – krytyk literacki: „W nowym zbiorze opowiadań Tadeusza Różewicza znajdziemy utwory bardzo znane, takie jak chociażby tytułowa "Wycieczka do muzeum", ale i teksty rozproszone, które ukazały się dotychczas tylko w czasopismach. Nawet jeśli niektóre opowiadania znaliśmy, ułożone w taką całość tworzą spójny obraz. Teraz widać, jakim obserwatorem jest Różewicz. Dostajemy bowiem do rąk jeden z najbardziej przenikliwych portretów polskiego XX w.”
|
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||